, 'opacity': false, 'speedIn': , 'speedOut': , 'changeSpeed': , 'overlayShow': false, 'overlayOpacity': "", 'overlayColor': "", 'titleShow': false, 'titlePosition': '', 'enableEscapeButton': false, 'showCloseButton': false, 'showNavArrows': false, 'hideOnOverlayClick': false, 'hideOnContentClick': false, 'width': , 'height': , 'transitionIn': "", 'transitionOut': "", 'centerOnScroll': false }); })
KUBA 2

W Varadero i na Cayo Coco, popijając cocoloco :)

Pamiętamy jeszcze z czasów pracy za biurkiem w biurze podróży, kiedy przychodzili do nas klienci z grubszym portfelem i kupowali wakacje do luksusowych resortów w Varadero. Mimo teoretycznej znajomości oferty hotelowej i specyfiki kierunku, w tamtym czasie samo Varadero, jak i cała Kuba, były dla nas pewną abstrakcją i jednym z nieosiągalnych celów turystycznych marzeń. Wtedy też po raz pierwszy usłyszeliśmy „słodko brzmiącą nazwę” Cayo Coco… Od tego momentu minęło trochę czasu, ale dziś kiedy piszemy te słowa w podróżniczym notatniku, siedzimy w Boże Narodzenie pośród palm i zieleni luksusowego hotelu w Varadero, popijając tytułowego drinka cocoloco:) Natomiast dwa dni wcześniej, stąpaliśmy po delikatnym, jak cukier puder, piasku na plaży Cayo Coco właśnie. Zanim jednak do tego doszło…

DSC_2416_edited

Playa Pilar – Cayo Coco

Jest 21.12.2015, około godziny 20:00. Od ponad dwóch godzin czekamy na dworcu autobusowym w Ciego de Avilla na kobietę, która już dawno powinna otworzyć punkt sprzedaży biletów autokarowych, byśmy mogli zakupić swoje bilety do Varadero, aby spędzić tam Święta Bożego Narodzenia. Samych biletów być może już nie ma, bo większość turystów już dawno je zarezerwowała w tym gorącym świąteczno – noworocznym okresie. My nie mieliśmy takiej możliwości, bo bilety na Kubę kupiliśmy trzy dni przed wylotem i nie wiedzieliśmy, w którym miejscu na wyspie spędzimy święta, organizując sobie tu każdy dzień na bieżąco. W dotarciu na dworzec w Ciego de Avilla z Moron (gdzie mieliśmy nocleg) i oczekiwaniu tutaj pomaga nam Chris – student medycyny z Wysp Salomona. Pierwszy raz w życiu spotkaliśmy kogoś z tak odległego od Polski kraju! Sam Chris był zaskoczony, kiedy Robert zapytał o Honiarę (stolica kraju) i zaczął wymieniać po kolei sąsiadów Wysp Salomona i ich stolice. Ale taka już natura mojego męża – geografa ;) . Chrisa poznaliśmy, kiedy próbowaliśmy skorzystać z kafejki internetowej w Moron, żeby sprawdzić możliwości dojazdu do Varadero. Użyczył nam wtedy swojego konta internetowego (na Kubie nie można od tak sobie odpalić wi-fi, albo otworzyć strony w kawiarence, trzeba kupić kartę i założyć swoje prywatne konto). Kiedy zorientowaliśmy się, że może być problem z biletami i musimy jechać osobiście na dworzec autobusowy, zaoferował nam swoją pomoc, załatwił tanią taksówkę, poświęcił dla nas swój czas i jeszcze potem zorganizował nam tani nocleg. Kiedy wreszcie zakupiliśmy bilety, wracaliśmy już ostatnim autobusem z Ciego do Moron. Nie wjeżdżał on jednak do miasta, tylko zatrzymywał się gdzieś na skrzyżowaniu 3 – 4 km od niego. Może to nie dużo, ale zmęczeni całym dniem podróży i organizacji dalszego pobytu, nie mieliśmy ochoty na spacer prawie o północy pośród „szczerego pola”, szukając drogi do naszego hotelu. Ale podróżnikom najczęściej los sprzyja (o czym nie raz już się przekonaliśmy) i nie wiadomo skąd pojawiła się nagle kareta zaprzężona w konie, którą Chris złapał dla nas „na stopa”! Do głowy by nam nie przyszło, że coś takiego tej nocy może nam się przydarzyć, a karetą to ostatni raz jechaliśmy do kościoła w dniu naszego ślubu:). Życie naprawdę potrafi zaskakiwać…

DSC_2599_edited

Z Chrisem podczas jeden z naszych wspólnych kolacji

Następnego dnia rano razem z parą Włochów (których poznaliśmy wcześniej w drodze z Trynidadu do Moron), pojechaliśmy na zasłużone, po 10 – dniowym zwiedzaniu Kuby, plażowanie na Cayo Coco. Jechaliśmy 27 – kilometrową groblą, mając morze po obu stronach, bo Cayo Coco to jedna z 1300! wysepek u wybrzeży Kuby, z których kilka jest właśnie połączonych z nią takimi groblami. Im bliżej plaż i komfortowych hoteli, tym lepsze i nowsze na Kubie są taxi colectivo. Tym razem jechaliśmy 30 – letnią Ładą (taką, jak nasz stary Fiat 125p), z pozamykanymi oknami i nawiewem (zamiast dotychczasowych pootwieranych okien) i kompletną tapicerką (w odróżnieniu od gołych blach, jak to do tej pory bywało). Nic nie trzeszczało, nie hałasowało – normalnie luksus!;)
Na wyspie jest do wyboru kilka plaż, przy których stoją komfortowe hotele, zajmowane głównie przez Kanadyjczyków. Naszą pierwszą plażą (i tą najpiękniejszą) była Playa Pilar. Nie będziemy pisać o kolorze wody bo wiadomo, że ten był odpowiedni, jak na Karaiby przystało:) Ale ten piasek! Naprawdę rozkosz dla stóp..! Tak delikatnie miękki, jak mąka, cukier puder – albo jakiekolwiek inne porównanie, które przychodzi Wam do głowy:). Spędziliśmy tu większość dnia na przemian kąpiąc się i plażując w tym rajskim klimacie. Do pełni szczęścia brakowało nam tylko uginających się nad plażą palemek… Zejście do wody jest delikatne, także piaszczyste i praktycznie przy brzegu nie ma co oglądać, jeśli chodzi o życie podwodne. Ale kawałek dalej (idąc w lewą stronę) przy skałach, można posnurkować i zobaczyć ryby i fragmentaryczne koralowce. Tutaj zupełnie przypadkowo przy linii wody znalazłam dwie piękne rozgwiazdy! Pobiegłam zaraz po Roberta, który był kawałek dalej, ale jak wróciliśmy to już ich nie było:( Pływając jednak w tym miejscu, ponownie je znaleźliśmy i wyciągnęliśmy na chwilę na plażę. Były twarde jak kamień i miały dziesiątki kolczyków/zębów po wewnętrznej stronie przylegających jeden obok drugiego. Do dziś nie wiemy czy były żywe, czy już skamieniałe:). Odłożyliśmy je z powrotem do wody, żeby (jeśli żyły), żyły sobie swoim życiem:).

Bajeczne cuda morskiego życia!

Końcówkę dnia spędziliśmy na innej plaży – Playa Guilermo. Ta już nie zrobiła na nas takiego wrażenia, bo w odróżnieniu od Pilar był tu hotel, mnóstwo leżaków, a sam przypływ skrócił jej szerokość, a co za tym idzie – wizualną efektywność. Może przed południem, w trakcie odpływu, wygląda lepiej. Ale i tak miło było popatrzeć na dziesiątki kitesurferów, skaczących ponad falami.
Kolejny dzień naszego pobytu na Cayo Coco spędziliśmy na Playa Flamenco. Przy tej plaży także jest hotel, ale nie bylibyśmy sobą, aby nie odejść dalej i znaleźć spokojne miejsca z umiarkowaną liczbą turystów. Na prawo za cyplem i małą wysepką można znaleźć drugą – długą plażę, gdzie zapuszczają się tylko nieliczni. A w drodze do niej brodzi się płytką wodą, gdzie w zależności od pływów sporo metrów od plaży na płyciznach formują się małe – piaszczyste „wysepki”, które na jakiś czas możecie mieć na wyłączność…

DSC_2679_edited

„Wysepka na wyłączność” ;)

VARADERO

Pierwsze w życiu Święta Bożego Narodzenia poza domem, spędziliśmy właśnie tu – w Varadero. I pomimo braku śniegu (było 30 stopni) i tego całego szału przedświątecznych przygotowań (Kubańczycy nie szaleją z zakupami, bo nie mają za co i co kupować…), czuliśmy się trochę, jak w Polsce bo…, nie przesadzimy stwierdzając, że Varadero to taki nasz Hel:). Tu cypel i tu cypel. Woda po obu stronach i praktycznie taka sama piaszczysta plaża w Varadero, jak i w Chałupach:). Oczywiście kolor i temperatura wody na Kubie znacznie odbiegają na plus od tego, co mamy u nas w Polsce:) Plaża jest długa i miejscami bardzo szeroka. Na początku i w centrum znajdują się przy niej raczej stare i mało atrakcyjne hotele. Ale im dalej do końca, robi się coraz bardziej komfortowo: Iberostar, Melia, Paradisus i inne sieci luksusowych 5* hoteli, zatopione w palmowych ogrodach, z bogatą ofertą all inclusive. To właśnie tu, w Boże Narodzenie zafundowaliśmy sobie odrobinę luksusu w komfortowym resorcie. Zapytacie, co lepsze? Tułanie się starymi taksówkami, spanie w prostych domkach u Kubańczyków i jedzenie mdłych posiłków na ulicy, czy świeżutka pościel, urozmaicone dania, drinki do oporu, baseny i Spa? Oczywiście, że to pierwsze!:) No dobra.., fajnie jest poobcować z luksusem, też lubimy. Ale po pierwsze tydzień w takim hotelu za osobę kosztuje więcej, niż dwa tygodnie za nas oboje tutaj przy naszym stylu podróżowania, a po drugie to nigdy nie doświadczycie tylu przygód i nie poczujecie naprawdę klimatu kraju – zwłaszcza klimatu takiego kraju, jak Kuba. Ale po blisko dwóch tygodniach intensywnego zwiedzania i przy takiej okazji jak święta – nam się należało… :)

DSC_2802_edited

Szczypta karaibskiego luksusu…

A jak wyglądają święta w kubańskim kurorcie? Jak każdy inny dzień roku w hotelu z tą różnicą, że kolacja jest bardziej uroczysta. W samym mieście można zobaczyć nie pasujące do tej temperatury i klimatu dmuchane bałwany i mikołaje, mieszkańcy wieszają sobie światełka, stroją małe – sztuczne choinki. Czyli jak u nas, ale tu wszystko jest takie dziwne i jakby nie pasujące do tropikalnej rzeczywistości. Sami Kubańczycy w Wigilię udają się do rodzin na „uroczystą” (zależy kogo na co stać…) kolację, a same dwa dni świąteczne upływają im dalej na sprzedawaniu turystom pamiątek. Mówimy cały czas o kurortach. Inaczej jest w typowych miastach, gdzie odbywają się np. różnego rodzaju parrandas (festiwal/karnawał) – jak choćby w Remedios, jeden z największych i najstarszych na Karaibach. Tu można zobaczyć inny sposób obchodzenia świąt, znacznie ciekawszy od tego, co dzieje się w hotelach. Dlatego następnym razem sami się na coś takiego wybierzemy.
Niesamowite jest to, że do niedawna Kubańczykom zabraniano korzystać z kurortów we własnym kraju (pewnie dlatego, żeby nie widzieli bogactwa ludzi z innych krajów) i nie mogli ot tak sobie poleżeć na plaży w Varadero czy na Cayo Coco. Dziś już mogą, ale nie oszukujmy się, ilu z nich na to stać…

DSC_2514_edited

Święta na plaży :)

Pobytem na Cayo Coco i w Varadero zakończyliśmy nasze zwiedzanie Kuby, ale też rozpoczęliśmy odkrywanie karaibskich plaż. Które wyspy będą kolejne na szlaku naszych marzeń w tej części świata? Dominikana? Jamajka? Bahamy? Chętnie wrócimy w ten rejon mimo, że nigdzie indziej na świecie nie oglądaliśmy się tak często za siebie, podczas pływania w morzu, czy aby przypadkiem znad wody nie wystaje charakterystyczna płetwa… Rejon pomiędzy Kubą a Florydą obfituje w  liczne gatunki rekinów…  Wszystko przez ten amerykański przemysł filmowy;)

ZOBACZ GALERIĘ Z WYPRAWY

Radzimy:

  • Ceny za noclegi w hotelach na Cayo Coco są kosmiczne! Natomiast nocleg tam w casa particular albo jakiś tanich apartamentach jest prawie niemożliwy. Dlatego tanią opcją jest pobyt w Moron i dojeżdżanie tam taksówką. Ale Moron to nie Hawana czy Varadero i nie łatwo zorganizować sobie taki transport. Turystów jest niewielu, nie ma regularnych połączeń na wyspę (poza pracowniczymi autobusami), a właściciele cas i sami taksówkarze nie organizują zbiorowych transportów – jak to się dzieje w turystycznych miastach na Kubie. Taksówka kosztuje minimum 50 CUC (1 CUC to ok. 4 zł) za cały dzień. Dlatego dobrze od razu w drodze do Moron, w casie albo na mieście zaczepić turystów i dogadać się na wspólny przejazd, tak jak nam udało się z parą z Włoch.
  • Na plażach na Cayo Coco funkcjonują bary, gdzie można coś zjeść i wypić nawet za przyzwoite pieniądze, jak na tak drogi kurort (posiłek od 6 CUC).
  • W Varadero poza mnogością komfortowych i skromniejszych hoteli, nie ma też problemu z rezerwacją casa particular. Najtańszą opcją do poruszania się po kurorcie jest turystyczny autobus za 5 CUC na dzień, kursujący od rana do 21. Wszak poza plażą i odpoczynkiem nie ma tu nic innego do roboty, ale warto przejechać się na koniec cypla do nowoczesnej mariny, oglądając po drodze luksusowe hotele. Są też popularne na Kubie coco taxi, bryczki i oczywiście piękne – amerykańskie wozy, gdybyście zapragnęli fotki w takim cabrio przy plaży;)

You Might Also Like

2 Komentarzy

  • MONIQIE says: 10 lutego 2016 at 14:04

    Świetny post! :) Wspaniałe zdjęcia.

    Reply
  • Kasia says: 27 września 2016 at 21:24

    Jaka wielka rozgwiazda! Zazdroszczę,

    Reply
  • Zostaw komentarz