SINGAPUR 7

Singapur – luksusowe miasto przyszłości…

…Jechaliśmy czystym i cichym metrem do centrum Singapuru, mijając kolejne stacje, których nazwy akcentowane były podręcznikowym angielskim przez miły – kobiecy głos. Od czasu do czasu ten sam głos informował, że „jeśli widzimy jakąś podejrzaną osobę lub pakunek, to należy to zgłosić przez mikrofon znajdujący się w każdym wagonie”. Kiedy dotarliśmy na miejsce, wyszliśmy spokojnie z pociągu bez tłoku i przepychanek, bo ludzie mają narysowane na ziemi, którędy się wchodzi, a którędy wychodzi z metra. Szliśmy pośród wysokich wieżowców i mimo, że dookoła było czysto, to co chwilę napotykaliśmy kogoś, kto coś sprzątał, zamiatał albo mył. Patrzyliśmy też zdziwieni na ludzi, jak stoją grzecznie w kolejce pod hotelami lub na specjalnych przystankach dla taksówek, czekając na nie, zamiast łapać je gdzieś na drodze/parkingu. To poukładanie miało nam towarzyszyć przez kolejne cztery dni jakie spędziliśmy w Singapurze – mieście, które zrobiło na nas niesamowite wrażenie i w którym czuliśmy się świetnie i chętnie byśmy zamieszkali.

Kiedy jakiś miesiąc wcześniej wjechaliśmy do Malezji to zobaczyliśmy, że jest ona krajem czystszym i trochę bardziej poukładanym niż Tajlandia (o Kambodży nie wspominając…). Ale to co zobaczyliśmy w Singapurze, przerosło wszystko, nie tylko w Azji, ale i w ogóle co do tej pory widzieliśmy… Kontrast pomiędzy czystością i poukładaniem, a brudem i rozgardiaszem był widoczny każdego dnia, bo do Singapuru jeździliśmy codziennie z przygranicznego – malezyjskiego Johor Bahru, który nie grzeszy czystością i jest miastem specyficznym… Choć było to męczące i czasochłonne, to dzięki temu rozwiązaniu zaoszczędziliśmy sporo kasy, bo Singapur jest bardzo drogi. Niestety porządek ma swoją cenę… Ale za to dziś możemy się pochwalić w paszporcie ośmioma pieczątkami wjazdowymi i wyjazdowymi  z tego kraju;)

DSC_2503 (1024x680)

Marina Bay – Centrum Biznesowe

Pierwszego dnia udaliśmy się od razu w rejon Marina Bay, żeby zobaczyć słynne wieżowce Singapuru usytuowane nad brzegiem rzeki oraz niedawno ukończony hotel – Marina Bay Sands. I tu obok zachwytu nad nowoczesnością, przyszła smutna refleksja jacy my – Polacy jesteśmy biedni… Jeśli ktoś wcześniej myślał, że „Gdzie oni pojechali, tak daleko od Polski, Europy – cywilizacji, że tam w Azji bieda itd., itp”, to złapałby się za głowę, jakby zobaczył to miasto. Już autostrady w Tajlandii czy malezyjskie Kuala Lumpur pokazały ile nam – Polakom brakuje do niektórych krajów Azji Pd-Wsch. A w Singapurze? Można się kompletnie zdołować… Kiedy spacerowaliśmy pomiędzy szklanymi drapaczami chmur w okolicach stacji Raffles Place, to z uśmiechem wspominaliśmy nasz wrocławski Sky Tower… Czuliśmy się jak w Nowym Jorku, tym bardziej, że spacerujący tu eleganccy biznesmeni wyglądali, jakby właśnie wychodzili z Wall Street… O hotelu Marina Bay Sands dowiedzieliśmy się na krótko przed podróżą do Azji. To nowa atrakcja miasta i od jakiegoś czasu na pewno jego kolejna wizytówka. Zbudowany z trzech osobnych – łukowato wygiętych segmentów hotel, połączony jest na górze dachem w kształcie wygiętej łodzi. Już sam ten widok robi wrażenie, ale to nie wszystko… Na tym dachu – łodzi, znajduje się oprócz punktu widokowego ekskluzywna restauracja, rosną palmy i jest basen! Klienci hotelu pływając mogą podziwiać panoramę miasta z wysokości 57 piętra… Ile kosztuje taka przyjemność? Za noc w najtańszym – podstawowym 39 metrowym pokoju trzeba zapłacić ok. 900 zł. Myślicie nie tak dużo? To może 145 metrowy apartament z bilardem i salą multimedialną za ok. 3 800 zł za noc?:) Jest też suita prezydencka o powierzchni 630 m, składająca się z kilku salonów z jadalnią i uzupełnianym barem, z czterech sypialni, pokoju do ćwiczeń i gabinetem masażu. Ponadto parowe sauny, gabinet naukowy, fortepian, itp. Do tego nie zapominajmy o całej gamie darmowych pakietów rekreacyjno – kulinarnych… Ceny za noc niestety nie znamy, ale podejrzewamy, że oscyluje w granicach wartości małego auta prosto z salonu:) Tym, których nie stać na powyższe warianty, pozostaje darmowy spacer po hotelowej galerii (w jednym ze sklepów widzieliśmy naszyjnik za ok. 80 000 zł !!!) lub wejście na wspomniany punkt widokowy za ok. 55 zł. My tu zrobiliśmy pewien numer i też Wam polecamy. Zamiast płacić za punkt widokowy, lepiej wejść do pierwszej wieży hotelu (ta po prawej patrząc od strony miasta), podejść do windy i zwyczajnie, jak hotelowy gość wjechać na 57 piętro, gdzie znajduje się restauracja i basen. Na basen oczywiście nie wejdziecie, ale można popatrzeć, jak bogaci się bawią. Natomiast za zaoszczędzone pieniądze można sobie kupić drinka, czy zamówić coś do jedzenia, zasiąść w wygodnym fotelu i cieszyć oko panoramą miasta, a szczególnie wcześniej przez nas wspominanych wieżowców centrum biznesowego. Jak przespać się za darmo w tym hotelu?… Jeszcze nie odkryliśmy;)

DSC_2508 (1024x680)

Za mną hotel Marina Bay Sands oraz Galeria Sztuki Nowoczesnej

W omawianej części miasta Marina Bay,  dookoła rozlewiska rzeki prowadzi promenada, którą warto pospacerować, aby z różnych stron obejrzeć budynki centrum biznesowo – kongresowego, hotele, znajdujące się tu futurystycznie wyglądające muzea, czy zrobić sobie zdjęcie z symbolem Singapuru Merlionem – pół lwem pół rybą (Singapur nazywany jest miastem lwa, a ryba symbolizuje bliskie związki miasta z morzem). Pod drugiej stronie rzeki znajduje się kolejna wielka atrakcja – Flyer Eye – największe na świecie koło obserwacyjne, mające 165 m wysokości (słynny brytyjski London Eye ma 130 m). Obraca ono powoli 28 kapsułami, umożliwiając oglądanie niesamowitych widoków na miasto, pobliskie ogrody i morze z zacumowanymi statkami. Jeden obrót trwa ok. 30 min., a bilet kosztuje 33$ singapurskie (1$ singapurski to ok. 2,42 zł). Wieczorem koło jest podświetlone i prezentuje się bardzo efektownie. Wtedy też można odbyć podwójne kółko z kolacją i szampanem, podawanym przez osobistego kelnera (Panowie świetny pomysł na zaręczyny:) ). Taka przyjemność to koszt 269 singapurskich dolarów. Jeśli przejażdżka kołem dostarczy Wam za mało adrenaliny/wrażeń, to możecie zaraz obok wynająć sobie Ferrari albo Lamborghini:) Na początek macie treningowe kółko na tutejszym torze Formuły 1, następnie wyjeżdżacie na półgodzinną przejażdżkę po ulicach miasta – to wszystko za jedyne 1 130 zł przeliczając na nasze. Jeszcze za mało? To może chcielibyście zasiąść za sterami Boeinga? Przykładowo godzinny lot na symulatorze, gdzie podrywacie maszynę i lecie z miasta do miasta (do wyboru ponad 20 000 światowych lotnisk!) i lądujecie tam, gdzie sobie wybraliście kosztuje 660 zł. Do wyboru są inne tańsze i droższe pakiety. Tak więc w Singapurze można spełnić niemal każdą swoją zachciankę, wszystko jest tylko kwestią zasobności portfela.

DSC_2441 (1024x680)

Ferrari czy Lamborghini…? Z tego zestawienia wybieram czerwone… :)

Ale Singapur to nie tylko nowoczesne wieżowce i technika. W to wszystko wszędzie wpleciona jest przyroda. Tereny zielone spotykamy tu na każdym kroku. Niektóre z nich wkomponowane są nawet w budynki w postaci ogrodowych tarasów i balkonów. Niemal każdą pustą przestrzeń da się tu wykorzystać na zieleń, która (nie trzeba chyba dodawać), jest idealnie utrzymana. Jednym z takich miejsc jest Gardens by the Bay. Ogród za hotelem Marina Bay Sands to przyjemne miejsce spacerów z opisanymi egzotycznymi roślinami, sadzawkami, aranżacjami tematycznych ogrodów, jak np. chiński i indyjski, czy nawet fragmentem tropikalnego lasu ukrytego w futurystycznej nazwijmy to szklarni. Jednak największą atrakcją tego miejsca są sztuczne drzewa (zbudowane z prętów/stali), pokryte paprociami i pnączami. Mają różnokolorowe gałęzie i są dodatkowo ozdobione światłami. Tworzą niewielkie zbiorowiska, a jedne z nich połączone są mostem, nawiązującym do mostów linowych w dżungli. Dzięki czemu wszystko można dodatkowo oglądać z góry. Kiedy zapada zmrok, las ten ożywa w trakcie tematycznego pokazu światło – dźwięk. Temat prezentacji nawiązuje do życia tropikalnego lasu. Muzyka i gra świateł robią tu niesamowite wrażenie! Można poczuć się jak w rzeczywistości z filmu „Avatar”… bajecznie!

DSC_2476 (1024x680)

Gardens by the Bay nocą…

W mieście, podobnie jak i w innych azjatyckich metropoliach, są charakterystyczne dzielnice China Town i Little India. Dzielnicę chińską koniecznie trzeba odwiedzić. Ten kwartał starych domów – sklepów to miejsce zarówno na zakupy, jak i napawanie się klimatem odrestaurowanej kolonialnej architektury. W tej części miasta warto zajrzeć do hinduistycznej świątyni Sri Mariamman oraz chińskiej Świątyni Zęba Buddy, która jest jedną z najładniejszych, jaką widzieliśmy na całym Półwyspie Malajskim. Dzielnica hinduska natomiast wprowadza do miasta mały bałagan, ale u Hindusów to normalne i daje ten właśnie klimat. Przyjemnie też spaceruje się w dzielnicy historycznej, w której usytuowane są budynki parlamentu, ratusza czy miejscowa katedra. Na pobliskim – dużym trawiastym boisku młodzież gra w baseball albo uprawia inne sporty.

Każdego dnia oglądaliśmy w mieście różne miejsca i w każdym byliśmy zafascynowani nowoczesnością, czystością, systemem rozwiązań komunikacyjnych i innych udogodnień dla mieszkańców. Co z tego, że nie wolno tu rzuć gum, czy jeść w metrze. Właśnie dzięki takim zakazom (przykładowe kary: jedzenie w metrze 500$, palenie 1000$, przewożenie substancji niebezpiecznych 5000$ singapurskich), miasto jest niemal sterylnie czyste, bezpieczne, komunikacja działa wyśmienicie, a codzienne życie ludzi jest łatwiejsze i elegancko poukładane. Nie ma wulgarnego graffiti, nie ma cwaniactwa i debilstwa, na które jesteśmy wyczuleni! Nie ma, mówiąc kolokwialnie, „bydła” na chama ładującego Ci się do pociągu, plucia po ulicach, dłubania słonecznika na parkowej ławce i syfienia dookoła. Czyli tego wszystkiego, co u nas wywołuje irytację i oburzenie… Za to jest tu mnóstwo atrakcji, rodem z filmów science-fiction… Każdy wieczór kończyliśmy spacerem nad ujściem rzeki w dzielnicy Marina Bay, oglądając na przemian nocny pejzaż oświetlonych wieżowców, pokazy laserowe i fontanny z hotelu Marina Bay Sands. Do tego multimedialne prezentacje na ścianie Galerii Sztuki Nowoczesnej, czy wspomniane kolorowe koncerty tropikalnego lasu… Miasto jest niezwykłe, pełne jeszcze innych atrakcji, na które zabrakło nam większych nakładów finansowych, a wierzcie nam, – można tu stracić fortunę:) Na pewno te ominięte zaliczymy następnym razem. Jeśli chcecie zobaczyć, jak będą wyglądały miasta na świecie w przyszłości, to jedźcie koniecznie do Singapuru. UNESCO pewnie za jakiś czas wpisze jego część na listę dziedzictwa narodowego jako przykład jednego z pierwszych – prawdziwych miast XXI wieku…

DSC_2143 (1024x680)

Nocna panorama miasta

Radzimy:

  • Pokazy fontann, laserów i animacje na ścianie Galerii Sztuki Nowoczesnej w rejonie Marina Bay są na przemian zaraz po zmroku.
  • Pokazy drzew w ogrodzie Gardens by the Bay są o 19:45 i 20:45. Najładniej wyglądają z mostu łączącego hotel Marina Bay Sands i sam ogród (widać najwięcej drzew). Warto wejść na Conopy Bridge czy to za dnia czy wieczorem (wejście do 20:00, bilet 5$).
  • Klimatyczne miejsce to ukryte uliczki na niewielkim wzgórzu blisko dzielnicy China Town. Idąc ulicą South Bridge Road skręcamy w lewo w ulicę Ann Siang Road. Miło się tu pokręcić, szukając np. meczetu Al-Abrar, czy chińskiej świątyni Thian Hock Keng.
  • Pomijając panoramę z góry, czy spacery przy rzece obok wieżowców centrum biznesowego, warto zapuścić się głębiej w ulice Cecil Street, Robinson Road, Raffles Quay, czy pokręcić się przy stacji metra Raffles Place. Gratka dla wszystkich fanów nowoczesnej – miejskiej architektury.
  • Czy będzie to obiad czy kolacja, z dachu hotelu czy na nadrzecznej promenadzie – koniecznie zatrzymajcie się w jakiejś restauracji i podczas posiłku/drinka  podziwiajcie widok na zabudowania dzielnicy Marina Bay…!
  • Jeśli jedziecie do Singapuru z Malezji to: docierając do miasta Johor Bahru należy udać się do City Squere Galery (większość miejskich autobusów tam dojeżdża i stamtąd odjeżdża). Po drugiej stronie ulicy za galerią (można przejść ulicą lub przejściem naziemnym z galerii) jest centralny dworzec kolejowo – autobusowy. Na tym dworcu, jadąc do Singapuru autobusem, kierujecie się pieszo za znakami w kierunku Woodlands (stacja przesiadkowa i punkt graniczny po stronie singapurskiej), jadąc pociągiem zostajecie na stacji czekając na pociąg (schodzi się w dół obok informacji). Dalsza droga w przypadku autobusu. Po dotarciu nieco skomplikowanym systemem korytarzy do punktu kontroli granicznej (idziemy za tłumem w kierunku wspomnianego Woodlands) i po otrzymaniu pieczątki wyjazdowej z Malezji, idziecie na dół do autobusów. Jest ich dużo i wszystkie jadą w różne części Singapuru. Większość zatrzymuje się przy jakiś stacjach metra i tam najlepiej jest wysiąść i przesiąść się na szybszy pociąg. Bilety autobusowe kosztują od 1-3 ringgitów malezyjskich (1 ringgit to ok. 0,92 zł). Po przejechaniu mostu łączącego Singapur z Półwyspem Malajskim docieramy do kontroli granicznej w Singapurze. Pieczątka w paszport i idziemy do naszego autobusu (ten sam numer i zachowujemy kupiony wcześniej bilet!), który czeka także na dole i operuje już po stronie singapurskiej. Powrót do Malezji wygląda tak samo. Najlepiej wtedy dostać się czerwoną linią metra na stację Woodlands, potem złapać autobus na tzw. Checkpoint (np. nr 950) i dalej jak wyżej czytane od tyłu:). Pamiętajmy, że ostatnie autobusy z Singapuru do Malezji ze stacji Woodlands odjeżdżają ok. 23:30, potem tylko taksówki. Przejście graniczne czynne jest natomiast 24h.

 

ZOBACZ GALERIĘ Z WYPRAWY

7 Komentarzy

  • Sonia Szydlowska says: 7 maja 2014 at 21:12

    Rewelacyjna relacja i do tego piekne zdjecia :) ….Singapur jest na mojej liscie miejsc ktore koniecznie musze zobaczyc :)

    Reply
    • SzlakiemNaszychMarzen says: 7 maja 2014 at 21:55

      Cieszymy się, że nasza relacja zachęciła Cię do wyjazdu. Singapur jest niesamowity!… Mamy nadzieję, że zawarte w artykule informacje przydadzą Ci się na miejscu. Pozdrawiamy

      Reply
  • Patryk says: 7 maja 2014 at 23:30

    trochę przerażająca jest ta czystość i uporządkowanie. Nie czuliście się dziwnie jadąc kolejką, a w niej wszyscy zapatrzeni w swoje telefony, phablety, tablety i nie wiadomo jeszcze co. Nikt nikomu nie patrzy w oczy. No ale widać do tego są przyzwyczajeni i trzeba się przyzwyczaić. Cenowo drogo to trzeba przyznać. Jeżeli ktoś potrzebuje polecam fajny hostel (DRop inn hostel) w którym nocowaliśmy 3 noce i udało się za friko z kodami rabatowymi airbnb. Na pewno tam jeszcze wrócę bo miasto niesamowite (cudowne, komfortowe lotnisko CHangi), ale obowiązkowo musi to być ostatni punkt programu bo w tamtym rejonie nie ma nic bardziej komfortowego niż to małe Państwko SIN. Fajna relacja pozdrawiam

    Reply
    • SzlakiemNaszychMarzen says: 8 maja 2014 at 14:03

      Masz rację Patryk. Pamiętamy, że ludzie mało ze sobą rozmawiali, nikt nie czytał książki tylko wszędzie te techniczne nowinki… W dżungli w Malezji spotkaliśmy parę z Singapuru, która rzuciła pracę w firmie i ruszyła na podbój Indochin. Mieli dość schematów i pewnej presji życia w korporacji. Dla nas odwiedzających krótka wizyta to zawsze będzie zachłyśnięcie się tym perfekcjonizmem. Ale pewnie dla mieszkających tu stale czasem to może być uciążliwe… Ale taki system kar za bałagan i chuligaństwo powinien być zastosowany także w naszym kraju:) Pozdrawiamy

      Reply
  • Wojciech Kumos says: 15 czerwca 2014 at 08:55

    Przyjemnie się czyta Wasze relacje, umiejętnie łączycie informacje praktyczne z wrażeniami. Dobry pomysł z radami pod każdą relacją :-) Naprawdę, jestem pod wrażeniem. Mi marzy się Malezja z Indonezją, jeszcze stary przewodnik i rozmówki kurzą się gdzieś na strychu heh

    Reply
  • Paulina says: 17 stycznia 2016 at 08:57

    hej
    piekny opis, chcialam sie zapytac jak nazywa sie stacja metra na ktorej trzeba wysiac jak jedzie sie z lotniska, aby dostac sie do marina bay?
    bede przelotem w S i ma 6 h pomiedzy lotami chcialabym wyjsc z lotniska i zobaczyc marina bay i zjesc tam lunch, czy potrzebuje wykupic wize?
    pozdrawiam i sedecznie dziekuje z gory za wiadomosc

    Reply
    • SzlakiemNaszychMarzen says: 25 stycznia 2016 at 11:21

      Hej Paulina! Z lotniska zieloną linią metra dojedź do stacji „City Hall” albo Raffles „Place” i przesiądź się na czerwoną linię w kierunku „Marina Bay” – bo tak nazywa się stacja. Dobrą opcją jest też od razu wysiąść na „Raffles Place” i pieszo (spacerując pośród nowoczesnej zabudowy) podejść do hotelu, bo jest blisko a będziesz miała ładną panoramę na hotel i dzielnicę. My przekraczając lądowo granicę z Malezji, nie potrzebowaliśmy wizy. Ale się upewnij. Smacznego lunchu w Singapurze! :)

      Reply

    Zostaw komentarz