MALEZJA 2

Przez herbaciane wzgórza i dżunglę Malezji w poszukiwaniu największego kwiatu na świecie…

Cameron Highlands słynie w Malezji z plantacji herbaty, truskawek i rześkiego, jak na ten kraj, klimatu. W tutejszej dżungli można zobaczyć tzw. mossy forest – las rosnący tu od ponad 150 mln lat oraz największy kwiat na świecie Bukitnicę/Raflezję Arnolda. Może poza truskawkami, których w Polsce nie brakuje , każda z powyższych atrakcji była przyczyną naszej wizyty w tych wzgórzach.

Jechaliśmy od południa od strony miasta Tapah i żeby się tu dostać, trzeba było pokonać blisko 60 km odcinek krętej drogi. O ile nie jest ona przerażająco stroma, o tyle składa się wyłącznie z zakrętów, co w połączeniu z liczbą kilometrów daje najbardziej krętą drogę, jaką do tej pory widzieliśmy. Żeby było ciekawiej, jechaliśmy stopem z kierowcą, który zachowywał się jak prawdziwy rajdowiec. Kiedy zapytaliśmy skąd ma taką wprawę w poruszaniu się tą krętą drogą (sugerując między wierszami, aby zwolnił…) odpowiedział, że jest kierowcą karetki w pobliskim szpitalu. Jeśli on tak wozi pacjentów, to chyba połowa z nich umiera na zawał zanim do tego szpitala dojedzie…;) Ale my dotarliśmy bezpiecznie do Tanah Rata, które jest właściwie w centrum Cameron Highlands. Wieczorem po raz pierwszy doświadczyliśmy różnicy temperatur pomiędzy tym miejscem a resztą kraju. Może to zabrzmi śmiesznie, ale zaczęliśmy marznąć przy 18 stopniach:) Ale musicie nas zrozumieć, bo od dwóch miesięcy temperatury poniżej 30 stopni nie doświadczyliśmy…

DSC_0617 (1024x680)

Raflezja Arnolda w pełnej krasie

Nazajutrz udaliśmy się na wyprawę do dżungli. Z reguły unikamy zorganizowanych wycieczek, ale tym razem inaczej raczej się nie dało. Aby odnaleźć Bukietnicę Arnolda – wspomniany największy kwiat na świecie, potrzebowaliśmy przewodnika po tutejszej dżungli. Okazało się, że tego dnia oprócz nas była tylko para z Singapuru. Tak więc w tej „vipowskiej” 4 osobowej grupie plus przewodnik, ruszyliśmy na poszukiwanie kwiatu. Raflezja kwitnie zaledwie przez 5 do 7 dni, raz na kilka lat. Mieliśmy obawy, czy uda się nam ją zobaczyć. W biurze zapewniano nas, że lokalny przewodnik widział kwiat dzień wcześniej. Pytanie tylko, czy nie był to ostatni dzień jego kwitnienia… Idąc polną drogą, powoli zagłębialiśmy się w dżunglę. Z czasem rozglądając się na boki las gęstniał i trudno by było bez maczety się przez niego przedrzeć. Zresztą nawet z nią chyba byśmy się nie odważyli… Nasza ścieżka jednak była równa i szeroka, przez co szło się bardzo przyjemnie. Angelika co chwilę pytała przewodnika, czy aby nie spotkał podczas takiej wycieczki tygrysa, pytona, albo nie widział tarantuli… Ten z uśmiechem odpowiadał, że owszem są one tu obecne, ale to raczej nas się boją i nic nam nie grozi:) I faktycznie czuliśmy się bezpiecznie. Jedynie, kiedy człowiek wzniósł się myślami ponad korony drzew, które go otaczały i zobaczył siebie z góry, jak tak sobie przemierza malezyjską dżunglę, to wcześniej nigdy by nie pomyślał, że czegoś takiego w życiu doświadczy… Po niespełna dwóch godzinach trekkingu dotarliśmy na miejsce. Trzeba było jeszcze przejść przez rzekę, po czym zobaczyliśmy ją po raz pierwszy: Raflezja Arnolda. Kwiat może mieć nawet metr średnicy i ważyć dziesięć kilogramów, co w porównaniu z naszymi stokrotkami czy różyczkami robi wrażenie. Nasz był średniej wielkości, ale prezentował się całkiem całkiem. Niestety zwykle widzi się tylko jeden, bo nie rosną one gromadnie, jak nasze polne kwiatki. Można ewentualnie zobaczyć w pobliżu tzw. „baby flowers” – czyli mniejsze lub większe pąki wyglądające jak główka kapusty, które w przyszłości rozkwitną na zaledwie kilka dni. Tego dnia udało nam się zobaczyć w innym miejscu jeszcze jeden kwiat o podobnej wielkości, więc wracaliśmy zadowoleni.

DSC_0642 (1024x680)

Tego dnia zakwitły dla nas dwa kwiaty :)

Po wyjściu z dżungli pożegnaliśmy się z parą z Singapuru, która miała tylko w programie poszukiwanie raflezji. My jechaliśmy na plantację herbaty, mając przewodnika na wyłączność! Dzięki temu dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy m.in., że „Bomba” – to w ich języku straż pożarna i takie pogotowie pierwszej pomocy. Kiedy się pali dzwonisz po „bombę”, kiedy zatrzaśnie ci się auto – wzywasz „bombę”. Nie ma wody, gaz się ulatnia, kłótnia domowa;), wąż w łazience – „bomba” jest do wszystkiego:) Inną, już nie tak zabawną ciekawostką jest to, że ponoć połowa dziewczyn/kobiet w Malezji leci na kasę (mowa o tych wyznania muzułmańskiego, jakiego był nasz przewodnik). Możesz wyznać dziewczynie miłość, możesz się jej nawet podobać ale raczej pewne, że zapyta cię o pieniądze. Jeśli ich nie masz – zapomnij. A mając dobre auto, kasę ona nie musi wcale cię kochać, ba.., nawet nie musisz jej się w ogóle podobać. Są pieniądze to i będzie miłość… Wystarczy tylko dogadać się z jej rodzicami – rozmawia się z matką, która niemal wprost mówi ci, ile masz dać kasy za córkę… Im ładniejsza i bardziej wykształcona, tym cena jest wyższa. I ponoć to jet normalne. Dlatego często można tu spotkać młode dziewczyny ze starszymi mężczyznami, którzy trochę musieli na nie pooszczędzać…
Do tej pory nigdy nie widzieliśmy plantacji herbaty. Tak więc to co ukazało się naszym oczom, zaparło nam dech w piersiach… Połacie herbacianych krzewów ciągnęły się przez wzgórza jak zielony – falujący dywan. Cudowny widok…
Nisko przystrzyżone krzewy, obcinane są regularnie, aby uzbierać jak najwięcej młodych – jasnozielonych listków herbaty. Te starsze – ciemnozielone są w zasadzie do wyrzucenia, a nieobcinane krzewy rozrastają się w drzewa. Na plantacjach można zobaczyć proces produkcji herbaty, zakupić różne jej rodzaje i skosztować naparu na tarasie z pięknym widokiem na herbaciane wzgórza. W tym wypadku ludzka działalność cieszy oko i nie szpeci krajobrazu, bo plantacje herbaty idealnie współgrają z otaczającą je dżunglą.

DSC_0834 (1024x680)

Na plantacji herbaty

Znacznie gorzej wyglądają namioty owocowo – warzywne i kilkupiętrowe hotele, których przybywa tu z każdym rokiem. Cameron Highlands nie jest parkiem narodowym, przez co w niekontrolowany sposób wycina się tutejsze lasy pod uprawy, o czym dowiedzieliśmy się także od naszego przewodnika. Rząd woli sprzedać znaczne połacie lasu pod uprawy i czerpać zysk z ich dzierżawy od inwestorów, niż zachować pierwotną dżunglę. O ile racjonalna gospodarka rolna na potrzeby kraju jest zrozumiała, o tyle wycinanie lasu tylko dla pieniędzy to krótkowzroczne i głupie posunięcie… Jedźcie więc do Wzgórz Cameron, aby zobaczyć nie tylko plantacje herbaty, ale i dżunglę, która je otacza, a której to w przyszłości może już nie będzie…

Radzimy:

  • W miastach Tanah Rata i Brinchang można znaleźć sporo miejsc na nocleg i są one dobrymi bazami wypadowymi na zwiedzanie okolicy.
  • Najładniejsze plantacje herbaty to BOH w drodze z Brinchang na górę Gunung, oraz plantacja kawałek przed Tanah Rata (jadąc od Tapah), z dwoma restauracjami i punktami widokowymi przy drodze.
  • Truskawki są tu zdecydowanie droższe niż w Polsce – byliśmy rozczarowani. Same ich plantacje, jak i inne warzywno – owocowe można sobie darować. Zdecydowanie lepszymi atrakcjami są plantacje herbaty, trekkingi w dżunglę, mossy forest i wejście na najwyższy tu szczyt Gunung Brinchang.
DSC_0820 (1024x680)

Truskawki rosną tu o dziwo w doniczkach :)

ZOBACZ GALERIĘ Z WYPRAWY

You Might Also Like

2 Komentarzy

  • cariocas28 says: 6 kwietnia 2014 at 21:36

    jak zwykle opowieść dzięki której przeniosłem się do Malezji:) dzieki za to :)

    Reply
  • SzlakiemNaszychMarzen says: 7 kwietnia 2014 at 09:39

    Przyjacielu, znając Ciebie podejrzewam, że szczególnie tymi myślami byłeś w tej dżungli:) Przy kolejnej wizycie do Malezji mamy w planach orangutany i dżunglę na Borneo. Tak więc zapraszamy na wspólną przygodę!:)

    Reply
  • Zostaw komentarz